***
OD AUTORKI:
Długo kazałam na siebie czekać, wiem. Przepraszam Was za to, że nie potrafię
sprostać wyznaczonym przez samą siebie ramom czasowym. Niestety październik dał
mi nieźle w kość. Cierpię na zdecydowanie zbyt małą ilość czasu dla samej
siebie. Skrzyżowanie pracy ze szkołą jest bardzo ciężkie do zrealizowania. Jednak
jestem na bieżąca ze wszystkim co Wy piszecie. Nie pozwalam sobie na żadne,
nawet najdrobniejsze zaległości. Długość przeraża, wiem. Potraktujcie to jako dwa rozdziały w ramach rekompensaty.
Rozdział ten chciałam zadedykować mojej najlepszej przyjaciółce, która każdego dnia dręczyła mnie pytaniami o datę publikacji. Buszując w moich dokumentach, aby odszukać szczelnie ukryty dokument i tak jakimś cudem znalazła fragmenty szkieletu nowego odcinka. Moja najwierniejsza fanko - to dla Ciebie.
Natarczywe promienie słońca ze
wszystkich sił starały się wtargnąć do niezbyt dużego pomieszczenia, które od kilku
dni spełniało całkowicie inną funkcję niż przez ostatnie kilkadziesiąt dobrych
lat. Czyżby iskierki światła zapomniały
o regułach dobrego wychowania oraz etykiecie, wpajanej im tak starannie od
najmłodszych lat życia? Zadanie to nie
było dla nich zbyt dużym wyzwaniem. Stare żaluzje tam i ówdzie cierpiały na
chorobę zwaną „niekompletnością”, dlatego też prowadząc z nimi tę nierówną
walkę, doskonale zdawały sobie sprawę ze swojej dominacji, zapominając o
zasadach fair play.
Z tego też powodu płachty światła bez
trudu rozgościły się w ciemnym pomieszczeniu, urządzając sobie jednocześnie wspaniałe
pole do popisu. Nie można niestety użyć przymiotnika „przytulny” do opisu
miejsca, w którym w tej chwili miały okazję się znajdować. Staroświeckie meble,
niegdyś pełniące rolę podtrzymywania wszystkiego co zbędne, świeciły teraz
pustkami. Nie było ich zbyt wiele – biurko z obdrapaną płytą wierzchnią, duża
wolnostojąca szafa oraz niewielka toaletka z owalnym lustrem. Jako element
dekoracji można było uznać także kilka różnokolorowych walizek, stojących w
rogu pokoju. Najwidoczniej nikt do tej pory nie zadał sobie trudu, aby opróżnić
ich zawartość. Ściany, pokryte kolorem fiołkowym, ukazywały w każdym kącie
niezbyt dokładną rękę malarza. Jedna z nich przyozdobiona była napisem
wykonanym w ojczystym języku. Zapewne kilkanaście lat temu został on narysowany
białą farbą, niestety na chwilę obecną był wręcz szary, tak samo jak sufit. Nie
ulegało jednak wątpliwości, że gdyby nie jego obecność pomieszczenie
wyglądałoby jeszcze mniej zachęcająco. Zniszczona podłoga, unoszące się w
każdym rogu garści kurzu oraz skrzypiące przy wręcz najdrobniejszym ruchu łóżko,
stanowiło dodatkową kwintesencję.
Budynek, w którym od ponad tygodnia
znajdował się teraz pokój Sky, był duży, zdecydowanie za obszerny jak na dwie
osoby. Jego wnętrze kompletnie nie pasowało do zewnętrznego, nowoczesnego
wyglądu. Ogromny korytarz, do którego od razu prowadziły drzwi frontowe,
połączony był z salonem. Miejsce to było wręcz wyjątkowe. Kanapa oraz trzy
fotele obite ciemnym materiałem, znajdowały są na środku pomieszczenia. Zastawione
były stertą zakurzonych książek, na które najwyraźniej brakowało już miejsca w
biblioteczkach, znajdujących się na najdłuższej ścianie naprzeciwko okna.
Sięgały one sufitu, dlatego też, aby skorzystać z najwyższej póki koniecznie
potrzebna była niewielka drabina, nieudolnie osłaniana przez zasłonę. W prawym rogu umieszczono kominek, który
wyglądał tak, jakby od lat nikt nie pokusił się, aby napełnić go drewnem. Wykonany
z czerwonej cegły, kompletnie nie pasował do ciemnobrązowego koloru ścian. Nad
nim znajdowały się schody, prowadzące na piętro. Były stare, jednak w swojej
konstrukcji posiadały coś szczególnego, co nie pozwalało przejść obok nich obojętnie.
Na dole była jeszcze kuchnia, która uporczywie domagała się remontu, toaleta
oraz sypialnia należąca do Elizabeth. Piętro posiadało zaledwie trzy
pomieszczenia. Bez trudu można było zauważyć, że spełniało ono rolę piwnicy, z
której architekt najwyraźniej w tym domu zrezygnował. Łazienka była
najładniejszym miejscem w tym budynku. Niestety,
tego samego nie można było powiedzieć o dwóch pozostałych pomieszczeniach. Jedno
z nich było miejscem rzeczy trzymanych najwyraźniej jedynie z czystego
sentymentu, drugie od niedawna nosiło nazwę „pokoju Sky”.
– Wychodzę! – krzyknął w stronę kuchni
dziewczęcy głos, w której echo rozkładanych talerzy zdradzało obecność
Elizabeth.
– Sky, poczekaj. – odpowiedziała,
wychylając się z pomieszczenia z przewieszoną na ramieniu ścierką oraz
prostokątnym talerzem w ręku, na którym znajdowały się gotowe już kanapki. –
Zrobiłam dla nas śniadanie, może zjemy razem?
– Zjem w szkole – odpowiedziała,
pokonując wręcz w biegu ostatni schodek, trzema susami przenosząc się do
przedpokoju. Dźwięk zatrzaśniętych drzwi sygnalizował Elizabeth, że po raz
kolejny znalazła się w domu sama.
– Przyrządziłam kanapki – powiedziała tym
razem do najbliżej ściany – Z jakiem i bekonem, tak jak lubiła twoja mama. Też
takie lubisz?
Nie potrafiły się porozumieć. Starała
się ze wszystkich sił przygotować dom na przybycie Sky, ale również i to się
jej nie udało. Nie zdawała sobie sprawy, czego potrzebuje dziewczynka w jej
wieku. Dziewczynka? Raczej młoda kobieta, która delikatnymi krokami kończyła
okres dojrzewania. Nie znała jej przyzwyczajeń oraz reakcji. Nie potrafiła
stwierdzić, czy jest osobą małomówną, czy po prostu nie chce z nią rozmawiać. Co ty sobie wyobrażałaś? Że przyjedzie tu z
wszystkimi swoimi walizkami i zapyta, czy napijemy się herbaty w obliczu tej
tragedii, która się jej przytrafiła? Najbardziej bolało jednak to, że
mówiła do niej bezosobowo. Gdy konstrukcja zdania wymagała, aby użyła
jakiejkolwiek formy grzecznościowej, zawsze nazywała ją „panią”, ewentualnie
„matką, swojej mamy” – nigdy inaczej. Czy miało prawo wymagać od niej, aby zwracała
się do niej w innym stylu? Nie miała,
a z tego zdecydowanie zdawała sobie sprawę. Ominęło ją za dużo etapów życia wnuczki, aby
teraz tak po prostu mogła zagrzać sobie w jej sercu przyzwoite miejsce. Może z czasem się uda. Może zrozumie
dlaczego .Jednak czy zrozumie? Od kiedy dowiedziała się, że Eleonora
urodziła kolejne dziecko, postanowiła wyplątać się z życia własnej córki. Jeśli
ona miała siłę walczyć z przeznaczeniem, nie miała prawa wpływać na jej decyzę.
Tylko jej teraz nie ma, a Sky jest tutaj,
nienawidząc mnie tak samo jak moja jedyna córka przed laty.
Ponad tydzień temu jej nogi po raz pierwszy przestąpiły próg
szkoły. Z szarą torbą na ramieniu i rozkładem lekcji w dłoni znalazła się w
nowym budynku, w którym od teraz miała spędzać większość swojego czasu. Na
pierwszy rzut oka nowa placówka wydawała się być znaczne obszerniejszym
miejscem niż liceum, do którego uczęszczała w swoim starym mieście. Jednak cały
schemat wewnętrznej organizacji funkcjonował w sposób bardzo podobny.
Niewielkie niezgodności programowe nie stanowiły zbyt dużego problemu. Po
długich godzinach spędzonych w szkolnym sekretariacie musiała jedynie zapisać
się na dodatkowe dwa przedmioty, aby móc zaliczyć najbliższy semestr. Jej plan
zajęć przedstawiał się podobnie jak w miejscu oddalonym o kilkaset kilometrów
stąd. Jak dotąd była to tak naprawdę jedyna rzecz, która ją satysfakcjonowała.
Pierwsze dni w szkole nie
stanowiły niczego przyjemnego. Każdy nowy przedmiot rozpoczynał się od tak
doskonale znanej jej formułki – „Od dzisiaj macie nową koleżankę. Sky Thilerson
przywitajcie ją ciepło”. Na marginesie jednego ze swoich nowych zeszytów
zaczęła zapisywać synonimy, których używali nauczyciele, przekształcając wyżej
wymienione zdanie. Pani Tymelson – nauczycielka geometrii pokusiła się nawet o
wyznaczenie osoby, która miała jej pomóc nadrobić zaległości. Nazwisko, które
zostało przez nią wymienione na głos, nic jej jednak nie mówiło. Może dlatego,
iż pomimo semestr trwał już kilka dobrych tygodni, a ona sama miała już za sobą
czwartą lekcję niezrozumiałego do tej pory przedmiotu, chłopak nadal nie dotarł
na zajęcia. Zdziwiły ją ironiczne uśmiechy oraz drwiące spojrzenia nowych
znajomych, gdy nauczycielka zapytała grupę o powód tak długiej nieobecności nieznajomego.
Czyżby pomoc, która miała ułatwić jej przebrnięcie przez nieznane do tej pory
formułki, miała okazać się czymś wyimaginowanym? Podczas wyczytywania listy
obecności na ostatnich zajęciach, kiedy rytuał stawiania czerwonego krzyżyka
przy nazwisku rozpoczynającym spis po raz kolejny się powtórzył, doszła do
wniosku, że „wsparcie”, które miała od niego otrzymać, miało być dla niego
karą. Czymś w rodzaju szlabanu lub przymusowej pracy domowej za niezbyt
przyzwoite zachowanie. Nie mogło być inaczej. Kąśliwe uwagi nauczycielki i
powtarzające się wciąż szydercze uśmiechy grupy, utwierdziły ją w tym
przekonaniu. Tego też dnia pani Tymelson widząc kolejne „F” w dzienniku w
rubryce należącej do Sky, wyznaczyła kolejną osobę do pomocy przy nauce jednego
z nowych dla niej przedmiotów – Greeney.
– Chyba nie kumasz o co w tym wszystkim
chodzi, prawda? – powiedziała, kładąc swoją kolorową torbę na blat ławki, na
którym leżała kartka, praktycznie cała pokreślona na czerwono. – Jestem Gree
Carter – kontynuowała wysuwając do niej prawą dłoń, na której widoczny był
tatuaż, rozpoczynający się od linii
nadgarstka. Sky nie miała jednak pojęcia, na jakiej wysokości się kończył. Na
pewno sięgał do łokcia, dalsza część ręki zakryta była przez rękaw czarnej
bluzki, co uniemożliwiało wysnucie dalszych wniosków. Czy w tym mieście wszyscy mają na swoim ciele tak wiele ohydztwa? –
pomyślała Sky, przyglądając się wysuniętej w jej stronę dłoni.
– Sky Thilerson – odpowiedziała,
ściskając jednocześnie rękę obserwowanej wcześniej dziewczyny. Zdawała sobie
sprawę, że wypowiadanie na głos swojego imienia i nazwiska jest zbędne. Przez
tydzień zdążyła się już przyzwyczaić do ciekawskich spojrzeń osób, mijających
ją na szkolnym korytarzu. Wtopienie się w tłum w środku semestru było po prostu
niemożliwe. Gdy ich oczy na chwilę się skrzyżowały, a dłonie po krótkim
przywitaniu wróciły na swoje miejsce, Sky teatralnie zgniotła leżący
naprzeciwko niej papier.
– Jak widzisz nie zaczynam tu kariery
jako prymuska – mówiąc to wrzuciła pognieciony zwitek do torby. – Nigdy
wcześniej nie miałam do czynienia z geometrią, brakuje mi solidnych podstaw,
aby odnaleźć się w tych wszystkich formułkach, które na chwile obecną są czarną
magią.
– Ja cię wprowadzę – odpowiedziała,
zakładając tęczową torbę na ramię oraz nakładając na twarz jeden ze swoich
figlarnych uśmiechów. – Czas jednak na lunch. Zaczniemy od wykładu na temat
panujących tutaj zasad. Jest to dobry moment, abyś w końcu zjadła coś na
siedząco – powiedziawszy to puściła do niej oczko, sprawiając, że policzki Sky zaczerwieniły się do koloru
intensywnej czerwieni. To była pierwsza osoba, z którą miała okazję zamienić
więcej niż dwa zdania, pierwsza!
Schemat tutaj obowiązujący nie
odznaczał się niczym szczególnym. Panował tu typowy amerykański klimat,
dzielący ludzi na podstawowe grupy, równie charakterystyczne dla klasycznego
liceum. Nie dowiedziała się niczego nowego oprócz faktu, że stoły pod oknami
należą do grupy sportowców, a analogicznie rzecz ujmując te znajdujące się
naprzeciwko nich do cherledereek. Najciemniejsze kąty pomieszczenia były
zarezerwowane dla najzdolniejszych uczniów, a muzycy jadali najbliżej drzwi
prowadzących do wyjścia. Ludzie ubierający się na czarno z dziwnymi kolorami
włosów na głowie, zajmowali jedyne okrągłe stoły, znajdujące się na środku
sali. Z tego co wskazywała jej Gree, wyodrębnione były również miejsca dla
miłośników sztuki, literatury czy nawet zwolenników dziennikarstwa. Grupa
odpowiedzialna za rejestrowanie wszystkich wydarzeń szkolnych oraz prowadzenie
strony internetowej z najświeższymi plotkami towarzyskimi, również posiadała
swój kąt. Wszystko to znajdowało się tak
jakby po prawej stronie pomieszczenia, łącząc się ze środkiem sali. Po lewej
stronie usytuowana była kuchnia i niewielka ilość stolików noszących nazwę
„gruntu neutralnego” . Czy była zaskoczona, gdy z tacą pełną jedzenia podążyła
za Gree na lewą stronę sali? Otóż nie. W myślach śmiała się i dziękowała, że
nie będzie musiała usiąść w towarzystwie osób należących do grupy „ludzi wytatuowanych”.
Zdecydowanie Gree pasowałaby do tej scenerii.
– Sky, to Alex Shaw, Blaz Wood oraz
Angez Cox – powiedziała, wskazując na trzy osoby, znajdujące się przy jednym z
sześcioosobowych stolików.
Nie byli zaskoczeni obecnością nowej
osoby w ich towarzystwie. Od momentu kiedy ujrzeli ją razem z Gree przy bufecie,
w milczeniu obserwowali z daleka, jak Carter delikatnym skinieniem głowy
wskazuje „nowej” poszczególne stoliki, zaznajamiając ją z „obozową hierarchią”.
Angez na samym początku śmiała się pod nosem, przyglądając się temu nietypowemu
rytuałowi. Podążając wzrokiem za każdym najdrobniejszym ruchem Gree, doskonale
zdawała sobie sprawę, jakich słów używa jej najlepsza przyjaciółka, aby opisać
cały panujący tutaj bałagan. W końcu kto znał ją lepiej niż ona?
– Panowie, jak myślicie, na jakim
poziomie nas uklasyfikuje? – powiedziała, zwracając się do siedzących po jej
prawej i jak i lewej stronie mężczyzn. – Powstrzymuję się z całych sił, aby nie
podejść bliżej i delikatnie nie wtargnąć do ich rozmowy. Gree ostatnio zrobiła za
duże postępy, nic nie słyszę.
– Jeśli mam być zaklasyfikowany jako
szeroko pojęte „nie wiem”, to zdecydowanie wolę nie wiedzieć – odpowiedział Blez,
poprawiając swoją czarną czapkę, całkowicie ignorując jej ostatnie zdanie. – Niby funkcjonujemy w tym wszystkim na co
dzień i każdy doskonale zna swoje miejsce nawet w głupiej stołówce, to dlaczego
ostatnio śmieliśmy się z „nowej”, że najwidoczniej nie potrafi jeść na
siedząco? Który stół byś wybrał Alex, gdybyś przybył tu po raz pierwszy?
– Najprawdopodobniej podłogę –
odpowiedział chłopak, nie podnosząc nawet wzroku znad książki, którą wertował
od dobrych kilku minut. – Zastanawia mnie bardziej, co by było, gdyby jedna z
cherlederek zaopiekowała się naszym nowym nabytkiem. Jak by nas nazwała?
Wyrzutkami, dziwakami czy ludźmi odizolowanymi od… Jak oni to nazywają? Ich
pojęcia normalności? Swoją drogą – po raz pierwszy spojrzał na stojące obok
kuchni dziewczyny – ma niezły tyłek, już wcześniej to zauważyłem.
– Mam jakieś nieodparte wrażenie, że z
nią jest coś nie tak – powiedział Blez, po raz kolejny w dniu dzisiejszym
puszczając mimo uszu uwagę przyjaciela. – Gdy koło niej przechodzę, czuję coś
dziwnego, czego nie jestem w stanie wam opisać. To dla mnie… nowość.
– Ostatnio też to słyszałam –
odpowiedziała dziewczyna, teatralnie przewracając oczami. – Zaczynasz widzieć
rzeczy tam, gdzie są one kompletnie niezauważalne. Dobrze wiesz, że nie jestem
pierwszą osobą, która ci to mówi, Blez.
– Tym razem jest inaczej, słowo.
Gdy podeszły, a ich imiona zostały wymienione na głos, Sky
niepewnie podniosła dłoń do góry starając się uczynić gest, mający za zadanie
przypominać coś w rodzaju przywitania. Onieśmielona stwierdziła jednak, że ruch
ten zdecydowanie jej nie wyszedł, a wypieki które zagościły na jej policzkach,
zdradzały jej zakłopotanie. Targały nią niezdolne do opisania uczucia. Sama
jasno nie mogła sprecyzować, czy była to radość, czy po prostu zwykłe
zakłopotanie. Po tygodniowej udręce chowania się w szkolnej toalecie lub wartowaniu
przy nowej szafce ,wreszcie miała możliwość spotkać się z czymś normalnym. Bo
czy spożywanie posiłku w grupie rówieśników nie było czymś normalnym? W myślach
cieszyła się, że etap „nowej” mierzonej od góry do dołu wzrokiem, ma już za
sobą. Teraz przyszedł czas na zwyczajne zawieranie znajomości. Z pomocą wyszedł
jej Blez.
– Siadaj i rozgość się – odpowiedział, wskazując jej wolne
miejsce znajdujące się naprzeciwko Alexa. Gree w tym czasie zdążyła już
postawić swoją kolorową torbę po jego prawej stronie – Sky Thilerson, od
tygodnia główny temat na szkolnych korytarzach. Możesz być już spokojna,
zapewne za kilka dni znajdą sobie jakąś nową sensację – powiedziawszy to szczerze
się do niej uśmiechnął, zerkając jednocześnie na postawioną przed nią tacą –
Jesteś wegetarianką?
– Powiedzmy, że mój organizm nie toleruje mięsa, jeśli można
to tak kolokwialnie nazwać – odpowiedziała znacznie pewniejszym tonem, starając
się ze wszystkich sił, aby tak właśnie zabrzmiał.
– Dlaczego nie mówicie, że jest już po przerwie?! – krzyknęła
Agnez zrywając się na równe nogi. Muszę biec. Ta wredna suka Fox znowu nie
wpuści mnie na zajęcia, jeśli spóźnię się chociaż minutę. – Zapinając zamek
błyskawiczny swojej bluzy zwróciła się po raz ostatni do siedzącej grupy –
Spotykamy się dzisiaj w Trace Bar o dziewiętnastej, tak? – Nie oczekując
odpowiedzi zwróciła się tym razem do siedzącej obok Sky – Może chcesz do nas wpaść?
– Od tygodnia o
niczym innym nie marzę – odpowiedziała.
To bez wątpienia był on. Od kilku minut
podążała swoim wzrokiem za męską sylwetką, znów mogąc przyglądać się jedynie
jego tylnej część. To wręcz paradoksalne, że tak doskonale zakodowała w swojej
pamięci budowę jego ciała. Pośród tłumu znajdujących się na ulicy ludzi, jego
tatuaż wręcz kuł ją w oczy. To właśnie z jego pomocą identyfikacja mężczyzny
była tak banalnie prosta. Mimo że w dniu dzisiejszym mogła ujrzeć jedynie jego niewielką
część, było dla niej jasne, że należał on to tej samej osoby, którą kilka
tygodni temu miała okazję widzieć w dość niezręcznej dla wszystkich sytuacji. W
dniu dzisiejszym jednak jego biodra pozbawione były obciążenia, a pasek do
spodni zdecydowanie spełniał swoją słownikową rolę. Nie miał na sobie niczego
szczególnego. Obcisła koszulka szarego koloru oraz ciemne jeansy nie przykuwały
niczyjego wzroku. Tamtego feralnego dnia Sky mogłaby przysiąc, że nie był osobą
zbyt wysoką. Przyglądając się jego posturze było jasne, że przewyższał każdego potencjalnego przechodnia
o kilka dobrych centymetrów. Włosy były dłuższe i znajdowały się większym
nieładzie niż podczas ich ostatniego „spotkania”.
Nie wyglądał na osobę, która przechadza
się bez celu po zatłoczonych uliczkach. Jego kroki były dość szybkie, jednak
nie na tyle, aby móc porównać je do biegu. Głowa wciąż znajdowała się w jednym,
stałym punkcie. W odróżnieniu od niej nie rozglądał się na wszystkie strony podziwiając
wysokie, nieznane do tej pory budynki oraz szukając zapisanego na kartce niedbałym
pismem adresu Trance Baru. Bez trudu
wywnioskowała więc, że jest osobą mieszkającą w tym mieście od urodzenia. Idąc
kilka metrów za nim stwierdziła, że musiał wyjść z niewielkiej kawiarni znajdującej
się na rogu ulicy YeslerWay. W innym wypadku nie mogłaby go przeoczyć.
Nagle stanął. Sky instynktownie
zwolniła kroku, nie rezygnując z dzielącej ich odległości. Dopiero po chwili
zrozumiała, dlaczego się zatrzymał. Światła znajdujące się po drugiej stronie
ulicy, intensywnie eksponowały kolor czerwony, sygnalizując zakaz wchodzenia na
jezdnię. Fala różnokolorowych samochodów zaczęła nabierać prędkości. Tu i
ówdzie można było usłyszeć dźwięki klaksonów oraz podniesione głosy kierowców,
niejednokrotnie wykrzykujące przekleństwa, kierowane do właścicieli pojazdów
chcących przyłączyć się do ruchu. Musiała jedynie przyśpieszyć kroku, aby
znaleźć się z nim w jednej linii, w szeregu osób czekających na przejście na
drugą stronę ulicy. Wizja ujrzenia jego twarzy stała teraz przed nią wręcz
otworem. Posiadała przecież doskonałą wymówkę, aby móc zacząć z nim rozmowę.
Jest nowa, zgubiła się, szuka baru gdzie ma spotkać się z znajomymi. Czy nie
mogła po prostu podejść do niego i poprosić o wskazanie ulicy? Fascynował ją. Miała nieodparte wrażenie, że
poznała jeden z jego najtajniej skrywanych sekretów, będącym kluczem do
odgadnięcia całej historii. Odległość między nimi wciąż malała, a jej ciekawość
powoli osiągnęła punkt kulminacyjny.
Nagle na swoim prawym barku poczuła
czyjeś ramię. Dojrzały mężczyzna poruszając się wręcz truchtem potracił ją.
Torebka, która do tej pory bezpiecznie spoczywała na ramieniu spadła na ziemię.
Bałagan znajdujący się w jej wnętrzu, znalazł się teraz na betonowych płytach.
Rzuciwszy w jej stronę szybkie „przepraszam” , nawet nie wysilił się, aby
podnieść na nią wzrok. W myślach zaklęła. Schylając się, aby pozbierać rzeczy
mimowolnie straciła ze swoich oczu obiekt, który przez ostatnie minuty nie
śmiał zrobić żadnej, nawet najdrobniejszej
czynności bez jej wiedzy.
Nie miała jednak pojęcia, że mężczyzna
wyznaczył sobie taki sam punkt podróży
jak ona. Znalazł się teraz pośrodku linii między nią, a nim. Młody chłopak stał
wciąż bez ruchu.
– Wiem, że Katherina na mnie czeka –
powiedział tak dosadnym tonem, jakby jednoznacznie chciał dać znać nowemu
przybyszowi do zrozumienia, że jego myśli są mu doskonale znane. Dopiero po
chwili odwrócił się w stronę mężczyzny, instynktownie mierząc go wzrokiem. Starzec zdobył się
jedynie na kiwnięcie głową po wypowiedzianych przez niego słowach. – Kazała ci
mnie przyprowadzić? – kontynuował, wciąż nie odrywając wzroku od zapewne dobrze
znanego sobie mężczyzny. Milczenie, które zapadło najwyraźniej oznaczało dla
niego potwierdzenie. Scott pokręcił głową, wzruszając delikatnie ramionami na
znak zażenowania. – Chyba obydwoje dobrze wiemy, że drogi do jej domu ostatnio
nauczyłem się aż za dobrze.
Nie czekając na zielone światło skręcił
w jedną z uliczek, znajdujących się po jego prawej stronie. Nieznajomy przybysz
podążył jego śladem, wciąż jednak trzymając się nieco z tyłu.
Bezwiednie pozostawili ją samą. Była na
tyle blisko, aby móc usłyszeć każde z wypowiedzianych przez niego słów. Światło
czerwone wreszcie zmieniło swoją barwę na zieleń. Tłum ludzi zaczął
przemieszczać się w wyznaczonych przez siebie kierunkach. Jednak nie ona. Stała
w miejscu, w którym ją zostawili kilka kolejnych minut. Zobaczyła jego twarz.
To był on. Bez wątpienia – to był on.
– Jeśli zrobisz to po raz kolejny nie
uratuję cię. To moje ostatnie ostrzeżenie. Rada nie będzie już dłużej przymykać
oka na twoje wybryki. To karygodne, nie sądzisz? Gdyby nie Blez nie miałabym o
tym wszystkim pojęcia. Kiedy do cholery zamierzałeś mi powiedzieć? – Ostatnie pytanie wręcz wywrzeszczała do
siedzącego ze spuszczoną głową mężczyzny. Gestykulując na wszystkie możliwe
sposoby, starała się odnaleźć w przestrzeni jakiś niewidoczny punkt
zaczepienia. Kruczoczarne włosy, znajdujące się w dniu dzisiejszym w nietypowym
nieładzie, usiłowała za wszelką cenę odgarniać do tyłu. Nie mogąc poradzić
sobie z niesfornymi lokami, jej poziom irytacji podniósł się dodatkowe kilka decybeli,
o ile w dniu dzisiejszym było to jeszcze możliwe. – Scott, naprawdę mam dość
wiecznego narzekania Atheisa na twój temat. Jeśli dowie się co zrobiłeś, nie
znajdzie dla ciebie nawet odrobiny litości. Cały czas słyszę jedną, tak
doskonale znaną mi śpiewkę. Co jesteś jeszcze mi w stanie obiecać, aby i tym
razem uniknąć mojego gadania? Poprawę? Kasę? Seks? No powiedz! Nie siedź z tą
spuszczoną głową z miną niewiniątka. W dniu dzisiejszym to po prostu nie
przejdzie, rozumiesz?
Nie odpowiedział nic. Niewzruszony
siedział w tej samej pozycji od momentu, kiedy Katherina zaczęła swój monolog.
Jego kąciki ust delikatnie podniosły się do góry w chwili, gdy rozpoczęła
wymieniać listę rzeczy, do których miała po prostu słabość, a które on nauczył
się sprytnie wykorzystywać. Chciał jej przerwać, aby podać kilka cennych
rzeczowników, które najwidoczniej w tym roztargnieniu uszły jej uwadze, jednak wiedział,
że w tym momencie nie miał prawa się odezwać, jeśli chociaż w jakiś sposób chciał
ją udobruchać.
To ten kulminacyjny moment, kiedy
musi poczuć się ważną, Scott. Teraz ona rozdaje karty, a ty z podkulonym
ogonkiem musisz okazać swoją niezwykle widoczną skruchę – podpowiedział wewnętrzny głos,
sprawiając, że kąciki przybrały kształt szyderczego uśmiechu.
Jak zawsze wyglądała niezwykle apetycznie.
Krój sukienki podkreślał linię idealnie ukształtowanej sylwetki. Jej czerwony
kolor współgrał z odcieniem szminki nałożonej na jej wargach. Oczy wręcz
czarnego koloru podkreślone grubą kreską nadawały jej twarzy jeszcze większego
wdzięku. Prezentowała się na kobietę nie przekraczającą trzydziestego roku
życia, choć Scott tak naprawdę nie miał pewności, ile dokładnie mogła mieć lat.
Szczerze powiedziawszy w ogóle go to nie interesowało. Relacja, która ich
łączyła zdecydowanie omijała ramy czasowe.
– Nie cierpię, gdy milczysz! Robisz to specjalnie
Scott, specjalnie! Mimo że tak dokładnie nauczyłeś się blokować przede mną
swoje myśli, nie sądź, że nie potrafię odgadnąć, co siedzi w twojej głowie.
Zasady levinsonletarie w tym wypadku
są po prostu zbędne, nawet jak miałeś okazję pobierać lekcję u samego Athenisa
– wypowiedziawszy to imię po jej ciele przeszedł niewyjaśniony, wręcz
zauważalny dreszcz. Obróciła się w stronę okna, kładąc dłonie na obszernym
parapecie. Była zdenerwowana. Utrata kontroli nad samą sobą w jej wypadku była
po prostu niemożliwa. – Twoja matka byłaby teraz rozczarowana.
– Nie mieszaj w to mojej matki! –
odpowiedział, podnosząc się z miejsca tak gwałtownie, że krzesło na którym do
tej pory siedział, przewróciło się do tyłu wywołując dość głośny huk. Jego
ciało zesztywniało. Błękitne oczy mimowolnie zmieniły swoją barwę na
atramentową, ukazując fale niezadowolenia. Twarz Katheriny pozostała jednak
niewzruszona. Temat swojej przyrodniej siostry zawsze był przez nią poruszany w
momencie, kiedy nie wiedziała jak zapanować nad jego porywczą naturą. W dniu
dzisiejszym nie zamierzała użyć tzw. „ostatecznego argumentu”. Scenariusz
rozmowy, który układała w swojej świadomości do momentu, kiedy Scott wraz z Jacobem
przekroczyli próg jej domu, zawierał całkiem inne dialogi. Teraz jednak sprawa
prezentowała się nieco inaczej. Zrozumiała to dopiero w momencie, kiedy
spojrzała na jego twarz. Czyżby
kierowała nią zwykła, kobieca zazdrość, a nie rodzinna troska?
– Wiem, co zrobiłem i zdaje sobie
sprawę ze wszystkich konsekwencji – odpowiedział tak stanowczym tonem, który w
dniu dzisiejszym i ze względu na powagę sytuacji nie powinien wydostać się z
jego ust. – Nie mieszaj w to jednak mojej matki. To nie miejsce i pora.
– To nie miejsce i pora, tak? –
powtórzyła jego słowa z widoczną ironią. – Więc kiedy będzie pora, abyś w końcu
przejrzał na oczy! Anette jest nietykalna, nie potrafisz tego zrozumieć? Chcesz
narazić i siebie, i mnie? Czy tyle razy muszę ci tłumaczyć, po jak cholernie cienkim
lodzie oboje stąpamy?
– Tak, Katherine, to do cholery nie
miejsce i pora! – dźwięk jego głosu zdradzał utratę kontroli nad własnym zachowaniem.
– Dlaczego nigdy nie wspominasz imienia mojej matki w momencie, gdy rozpinasz mój rozporek?