niedziela, 19 kwietnia 2015

Rozdział III


OD Autorki

Czy zapomnieliście już o moim istnieniu? Zapomniałyście, prawda? Dzisiaj tupiąc nóżkami, machając rączkami uporczywie przypominam o swoim istnieniu. Wiem że przesadzam, wiem że zaniedbuję. Jednak licencjat wciąż prosi, abym go dopieszczała. Praca nie chce wypuścić mnie z sideł w których z taką łatwością się zaplątałam, a przyjaciele proszę o rezerwację każdej chwili wolnego czasu. Pojawiam się tu z kolejnym rozdziałem. Wybaczcie niedociągnięcia czy błędy. Tak bardzo chciałam podzielić się z Wami ich pierwszym spotkaniem, że sprawdzenie poprawności językowej odsunęłam na drugi plan. Proszę o wytykanie mi ich palcami bez jakiegokolwiek zawstydzenia - będzie mi łatwiej je odnaleźć. Zapraszam Was również tu: 


www.mrs-redlashes.blogspot.com 


 Jeżeli mogłabym to zdefiniować nazwałabym to osobistym pamiętnikiem. Tylko już bez ukrywania i anonimowości. 


- Czy my się znamy? – powiedziawszy to bezczelnie zmierzył ją wzrokiem, zatrzymując go mimochodem na dość obfitym dekolcie, ukazującym jej kształtne piersi. Sam sposób w jaki trzymał w dłoni szklankę z zielonkawym drinkiem wydał się jej niesamowicie seksowny, wręcz obezwładniający. Zresztą nie tylko ona była tego zdania. Nie trzeba posiadać papierów potwierdzających wyższe wykształcenie, aby odgadnąć, że wraz ze swoimi kolegami stanowili w tym barze jedną z głównych atrakcji dzisiejszego wieczoru. Przygryzając instynktownie dolną wargę zastanawiała się co powinna mu odpowiedzieć. Czy zwykłe: „Cześć, masz rację – mieliśmy okazję kilak razy na siebie wpaść. Raz w momencie, gdy wraz ze swoją znajomą osaczałeś żywopłot mojej sąsiadki oraz kilka godzin temu, kiedy nieznany mężczyzna zaczepił cię przy przejściu dla pieszych.“ byłoby na miejscu?
Gdy po raz kolejny z rzędu poprawiła ramiączko stanika, uporczywie wyrażające chęć zmiany położenia stwierdziła, że jego obecność w tym miejscu odbiera jej resztki pewności siebie, które dzisiejszego dnia podniosły się o kilka dobrych decybeli. Alkohol i tym razem okazał się doskonałym kompanem, czyż nie? Nie chciała poddać się temu procesowi, nie teraz, kiedy w końcu miała okazję dojrzeć jego twarz. Ukrycie głowy w piasku nie miało tutaj najmniejszego sensu. Wiedziała o tym.
-Nie wydaje mi się – odpowiedziała, starając się uspokoić przyśpieszone bicie własnego serca. Widziała, tak jakby w zwolnionym tempie  jak przekrzywił głowę w bok, mrużąc jednocześnie oczy. Czy to możwe, że mógł jeszcze bardziej ją pociągać? – Jestem tu od niedawna.
- Twoje ciało Cię zdradza. – powiedziawszy to przystawił szklankę do ust, delikatnie mocząc swoje kształtne wargi. Jego stoicki spokój był czymś wręcz nienaturalnym, niepasującym do panującej tutaj scenerii. Tak jakby nie słyszał taktów muzyki, która momentami zagłuszała nawet jej własne myśli.  - Denerwujesz się – dodał.
Nie odrywał od niej wzroku. Momentami miała wrażenie, jakby uporczywie chciał wkraść się do jej świadomości stosując niezrozumiałe dla niej zasady gry. Niebieski ton jego oczu hipnotyzował ją do granic możliwości. Jednak nie w dniu dzisiejszym, nie teraz, kiedy nielegalny płyn pulsujący w jej żyłach na każdym kroku przypominał o swojej obecności. Nie uda mu się jej dogonić w tym wyścigu. Dzisiaj podium zarezerwowane jest właśnie dla niej, tylko dla niej.
- Nie jestem jedną z tych, wiesz? – gdy wypowiedziała te słowa na jej twrazy zagościł jeden z tych szyderczych usmieszków, zarezerwowanych dokładnie dla takiej, a nie innej sytuacji. Niepasujący wprawdzie do jedwabnych rysów jej twarzy. Brązowe źrenice nie prezenowały przy nim w pełni swojego piękna, przyćmione przez tą niewielką dawkę bezczelności. Wyglądało to tak, jakby chciała wyciągnąc najgłębiej ukrytego asa z rękawa i położyć go na stół, oświadczając swoją jednoznaczną wygraną mimo, że wszyscy gracze zdawali sobie sprawę z nadprogramowej ilości tej figury.
- Z tych? – jego oczy gwałtownie zmieniły swój kolr na atramentowy. Twarz zesztywniała. Przez obcisłą szarą koszulkę można było zauważyć napięte mięśnie uporczywie pragnące wydobyć się na światło dzienne. Zdenerwował się, a może wręcz wystraszył?
- Z tych zainteresowanych – przewróciła figlarnie wzrokiem. Teatralnym gestem zmusiła go na zwrócenie uwagi na stado chichoczących nastolatek znajdujących się tuż przy barze. Od momentu, kiedy do niej podszedł śledziły wszystkie akty tej sceny.
- Zainteresowanych? – dopiero teraz dotarł do niego sens wypowiedzianych przez nią słów. Tak jakby spodziewał się całkowicie innej odpowiedzi, kryjącej w sobie niewyjaśnione konsekwencje. Na twarzy po raz kolejny zagościł spokój z delikatną nutką rozbawienia. Był jak otwarta księga z niezapisanymi dotąd stronami. Opowiadał jej o wszystkich swoich uczuciach, nie używając przy tym najdrobniejszej sylaby. To była taka niepisana umowa między nimi, zawarta przez te kilka sekund „znajomości”. O ile można nadać definicję choć jednemu zdarzeniu, które z ich udziałem miało jakikolwiek logiczny sens. Bo nie miało, prawda?
Mimo, że w dniu dzieiszym nie zostali sobie przedstawieni wiedziała, że znajomi siedzący z nią przy jednym stoliku muszą się z nim przyjaźnić. Nawet jak przyszedł w towarzystwie innych mężczyzn, a gesty świadczące o dwustronnej sympatii zostały wymienione w niemałym pośpiechu, musieli się dobrze znać. Nie odważyła się jednak zapytać dziewczyn o kilka dodatkowych informacji na jego temat, gdy w końcu oddalił się od ich grupy. Z przesadną starannością przysłuchiwała się jednak wymienianym uwagom na temat jego dzisiejszego wyglądu, który został odpowiednio skomentowany nie tylko przez kobiety. Jednak to wszystko nie trwało długo. Ross zdecydowanie bardziej niż nim była zafascynowała jednym z jego dobrych kolegów – Filippe, co eksponowała na każdym kroku.
Teraz nawet słodki ton głosu Greeney wymieniający ich imiona nie był tu potrzebny. Stał przed nią, sam zastępując jej ten drobny odcinek drogi, który musiała pokonać. To zresztą wszystko było winą dziewczyny, która miała pomagać jej przy rozwiązywaniu tych  beznadziejnych geometrycznych zagadek. Zresztą czy na pewno winą? Czy w duchu, po złapaniu kilku głębszych oddechów, nie chciałaby jej wręcz podziękować? To ona poprosiła ją, aby poszła do baru, tym razem po coś mocniejszego, sama udała się natomiast na środek parkietu z Ross. Jej rozsądek przyćmiony przez jego obecność dał jej pozwolenie na pozostanie w tym miejscu jeszcze przez godzinę. Jedną, malutką nic nie znaczącą godzinkę, aby mogła z najbardziej oddalonej od baru loży ukradkiem obserwować jego plecy. Przez cały wieczór próbowała go unikać, mimo że nawet przez sekundę nie wykazał zainteresowania jej osobą. Głupie wyjście do toalety wiązało się z rytuałem zlokalizowania jego obecności.
Granice rozsądku, które jeszcze w dniu dzisiejszym działały dość poprawnie podpowiadały jej, aby wracała do domu. Mimo niezbyt zażyłych stosunków z własną babką postanowiła nie dawać jej powodów do zmartwień. Gdy w końcu udało jej się opróżnić drugi kufel piwa postanowiła  się pożegnać. Jednak oczywiście Gree i te jej pomysły i On!  Cała dawka sympatii, którą otrzymała od nowych „przyjaciółek” była najpiękniejszym punktem dzisiejszego wieczoru. Najsłodszą wisienką na torcie, która dawała nadzieję na zaaklimatyzowanie się w tym miejscu. Czuła się tu obco. W otoczeniu tych wszystkich nieznanych dotąd twarzy nawet krople alkoholu nie pozwolił jej stać się duszą towarzystwa. Może to jej natura podpowiadała, że nie ma sensu przyśpieszać tempa, a wspólne tematy do rozmów oraz plotki na temat znajomych same zaczną wypełniać cały jej świat. Jednak przekroczył próg, ten cholerny próg tego cholernego baru i nie była już w stanie udać się w kierunku nowego domu. Musiała go obserwować. Podróż do najdłuższej na świecie kolejki zaczęła od poszukiwania tatuażu, który nie pozwalał przejść obok siebie obojętnie. Wydawało jej się, że zniknął. W promieniu kilku metrów od niej nie zauważyła jego niepokojącej obecności. Z lekkim niepokojem udała się w stronę chmary ludzi ustawiających się w coś w kształcie wężyka. I wtedy nagle się pojawił. Tak po prostu. Podszedł z tym swoim opanowaniem i emanującym zaciekawieniem w jej stronę.
-        Wybacz tą bezpośredniość, chyba nie powinnam – odpowiedziała. Jej zaczerwienione policzki do granic zdradzały jej zakłopotanie. Dopiero gdy wypowiedziane przez nią wcześniej słowa zostały powtórzone na głos, dotarł do niej sens tego, co tak naprawdę przed chwilą wydobyło się z jej ust.
             Przechylił kieliszek do góry i odszedł bez słowa.  Zostawiając ją z całym tym wstydem oraz zażenowaniem samą.




- Czuję, że to ona. Nie kurwa, ja po prostu wiem, że to ona. Masz ją obserwować, jeżeli jeszcze się tu znajduje. Dzisiaj muszę dostać się do jej domu. Po prostu tam wejść, rozumiesz? Za długo siedzę w tym bagnie, aby tego nie widzieć. Jest jedną z nas. O ile mogę zakwalifikować „nas” do tej samej, pieprzonej kategorii – jednym tchem wypił wszystko, co z niewyjaśnionych przyczyn znajdowało się jeszcze na dnie jego kieliszka – Wystarczy, że będzie spać, a ja dzisiaj nie nawalę się do tego stopnia, że przewrócę pierwszą z brzegu lampę znajdująca się w jej pokoju.
- Wiedziałem! – wykrzyknął prostując się na krześle, tak jakby triumfalnie chciał zademonstrować wszystkim tu obecnym swoje małe zwycięsto. To on, Blaz zauważył to jako pierwszy, mimo że znajomi w szkolnej stołówce kazali mu puknąć się w głowę. – Gdybyś czasem pojawił się na zajęciach wcześniej byś to zauważył. Jest z Tobą prawie na wszystkich przedmiotach. Nawet miałeś udzielać jej jakieś pomocy przy geometrii. Greeney coś wspominała, że przejęła po tobie ten jakże miły „obowiązek“.
Zszedł ze swojego krzesła obchodząc je dookoła. Ręcę oparł o jeden z podłokietników obitych różowym, szorstkim materiałem. Gdy tylko pozostawił ją bez słowa zniknęła z jego pola widzenia. Czy to możliwe, że wyszła? Z tym całym zażenowiem i wstydem, z którym ją opuścił niecałą godzinę temu? Swoją drogą ciekawiło go czy naprawdę jest tak bezczelna i wyszczekana, czy to po prostu skutki pulsującego w żyłach alkoholu. Obstawiałby drugą wersję wydarzeń, jednak... Jeśli jest spokrewniona z jego rasą może to przeciez być kamuflarz. Specjalna sceniczna gra, która ma zmylić jego czujność, uspokoić. Może naprawdę nie wie?
- Gdzie mieszka? - zapytał wyławiając samego siebie z morza tych nietypowych myśli. Mimo że spodziewał się odpowiedzi, pozwolił samemu sobie na wypowiedzenie tego zdania na głos. Jakby jego podświadomość wręcz domagała się innej odpowiedzi z ust przyjaciela.
- Udam, że się przesłyszałem – powiedziawszy to Blez wystawił szereg równie białych zębów na światło dzienne. Kolejny szyderczy uśmiech wysłany w stronę Scotta w przeciągu trzydziestu minut. Doba jeszcze nie dobiegł końca, a licznik najzwyczajniej w świecie w dniu dzisiejszym nie posiadał wmontowanego przycisku z sygnaturą pałzy.
- Powiedz mi, czy do cholery wszystko zawsze musi się tak kurwa komplikować?
- Skoro wiesz, że to ona, raczej nie powinno cię dziwić jej drzewo genealogiczne, Scott. Twoja boska Katerina ciągle opowiadała nam historię o jej matce, jeżeli ona to ona oczywiście. Dobrze pamiętam, że się przyjaźniły? – mimo że na końcu wypowiedzianego zdania, wyraźnie zaakcentował znak zapytania, nie czekał na żadną odpowiedź ze strony rozmówcy. - Jeżeli myślisz, że ona to ona, to musi być jej wnuczką. Lampy w jej pokoju również pozostawiłbym w spokoju. Co więcej, nawet nie ryzykowałbym na twoim miejscu, aby twój mały palec przestąpił próg tego domu. Jeżeli ona, to ona.
- Myślisz, że nie wie? – powiedział gestem dłoni przywołując pierwszego z brzegu barmana, wskazując jednocześnie na znajdującą się nieopodal niego butelkę jacka danielsa. Kładąc na stole banktnot z przesadzonym napiwkiem i dobitnie dziękując za obsługę dał chłopakowi do zrozumienia, że ma się z stąd jak najszybciej wynosić.

- Jestem wręcz pewny, że jest kompletnie nieświadoma. Jeżeli ona, to ona.

wtorek, 2 grudnia 2014

Rozdział II


  ***

OD AUTORKI:

Długo kazałam na siebie czekać, wiem. Przepraszam Was za to, że nie potrafię sprostać wyznaczonym przez samą siebie ramom czasowym. Niestety październik dał mi nieźle w kość. Cierpię na zdecydowanie zbyt małą ilość czasu dla samej siebie. Skrzyżowanie pracy ze szkołą jest bardzo ciężkie do zrealizowania. Jednak jestem na bieżąca ze wszystkim co Wy piszecie. Nie pozwalam sobie na żadne, nawet najdrobniejsze zaległości. Długość przeraża, wiem. Potraktujcie to jako dwa rozdziały w ramach rekompensaty. 

Rozdział ten chciałam zadedykować mojej najlepszej przyjaciółce, która każdego dnia dręczyła mnie pytaniami o datę publikacji. Buszując w moich dokumentach, aby odszukać szczelnie ukryty dokument i tak jakimś cudem znalazła fragmenty szkieletu nowego odcinka.  Moja najwierniejsza fanko - to dla Ciebie. 



         Natarczywe promienie słońca ze wszystkich sił starały się wtargnąć do niezbyt dużego pomieszczenia, które od kilku dni spełniało całkowicie inną funkcję niż przez ostatnie kilkadziesiąt dobrych lat.  Czyżby iskierki światła zapomniały o regułach dobrego wychowania oraz etykiecie, wpajanej im tak starannie od najmłodszych lat życia?  Zadanie to nie było dla nich zbyt dużym wyzwaniem. Stare żaluzje tam i ówdzie cierpiały na chorobę zwaną „niekompletnością”, dlatego też prowadząc z nimi tę nierówną walkę, doskonale zdawały sobie sprawę ze swojej dominacji, zapominając o zasadach fair play.
         Z tego też powodu płachty światła bez trudu rozgościły się w ciemnym pomieszczeniu, urządzając sobie jednocześnie wspaniałe pole do popisu. Nie można niestety użyć przymiotnika „przytulny” do opisu miejsca, w którym w tej chwili miały okazję się znajdować. Staroświeckie meble, niegdyś pełniące rolę podtrzymywania wszystkiego co zbędne, świeciły teraz pustkami. Nie było ich zbyt wiele – biurko z obdrapaną płytą wierzchnią, duża wolnostojąca szafa oraz niewielka toaletka z owalnym lustrem. Jako element dekoracji można było uznać także kilka różnokolorowych walizek, stojących w rogu pokoju. Najwidoczniej nikt do tej pory nie zadał sobie trudu, aby opróżnić ich zawartość. Ściany, pokryte kolorem fiołkowym, ukazywały w każdym kącie niezbyt dokładną rękę malarza. Jedna z nich przyozdobiona była napisem wykonanym w ojczystym języku. Zapewne kilkanaście lat temu został on narysowany białą farbą, niestety na chwilę obecną był wręcz szary, tak samo jak sufit. Nie ulegało jednak wątpliwości, że gdyby nie jego obecność pomieszczenie wyglądałoby jeszcze mniej zachęcająco. Zniszczona podłoga, unoszące się w każdym rogu garści kurzu oraz skrzypiące przy wręcz najdrobniejszym ruchu łóżko, stanowiło dodatkową kwintesencję.
         Budynek, w którym od ponad tygodnia znajdował się teraz pokój Sky, był duży, zdecydowanie za obszerny jak na dwie osoby. Jego wnętrze kompletnie nie pasowało do zewnętrznego, nowoczesnego wyglądu. Ogromny korytarz, do którego od razu prowadziły drzwi frontowe, połączony był z salonem. Miejsce to było wręcz wyjątkowe. Kanapa oraz trzy fotele obite ciemnym materiałem, znajdowały są na środku pomieszczenia. Zastawione były stertą zakurzonych książek, na które najwyraźniej brakowało już miejsca w biblioteczkach, znajdujących się na najdłuższej ścianie naprzeciwko okna. Sięgały one sufitu, dlatego też, aby skorzystać z najwyższej póki koniecznie potrzebna była niewielka drabina, nieudolnie osłaniana przez zasłonę.  W prawym rogu umieszczono kominek, który wyglądał tak, jakby od lat nikt nie pokusił się, aby napełnić go drewnem. Wykonany z czerwonej cegły, kompletnie nie pasował do ciemnobrązowego koloru ścian. Nad nim znajdowały się schody, prowadzące na piętro. Były stare, jednak w swojej konstrukcji posiadały coś szczególnego, co nie pozwalało przejść obok nich obojętnie. Na dole była jeszcze kuchnia, która uporczywie domagała się remontu, toaleta oraz sypialnia należąca do Elizabeth. Piętro posiadało zaledwie trzy pomieszczenia. Bez trudu można było zauważyć, że spełniało ono rolę piwnicy, z której architekt najwyraźniej w tym domu zrezygnował. Łazienka była najładniejszym miejscem w tym budynku.  Niestety, tego samego nie można było powiedzieć o dwóch pozostałych pomieszczeniach. Jedno z nich było miejscem rzeczy trzymanych najwyraźniej jedynie z czystego sentymentu, drugie od niedawna nosiło nazwę „pokoju Sky”.
         – Wychodzę! – krzyknął w stronę kuchni dziewczęcy głos, w której echo rozkładanych talerzy zdradzało obecność Elizabeth.
         – Sky, poczekaj. – odpowiedziała, wychylając się z pomieszczenia z przewieszoną na ramieniu ścierką oraz prostokątnym talerzem w ręku, na którym znajdowały się gotowe już kanapki. – Zrobiłam dla nas śniadanie, może zjemy razem?
         – Zjem w szkole – odpowiedziała, pokonując wręcz w biegu ostatni schodek, trzema susami przenosząc się do przedpokoju. Dźwięk zatrzaśniętych drzwi sygnalizował Elizabeth, że po raz kolejny znalazła się w domu sama.
         – Przyrządziłam kanapki – powiedziała tym razem do najbliżej ściany – Z jakiem i bekonem, tak jak lubiła twoja mama. Też takie lubisz?
         Nie potrafiły się porozumieć. Starała się ze wszystkich sił przygotować dom na przybycie Sky, ale również i to się jej nie udało. Nie zdawała sobie sprawy, czego potrzebuje dziewczynka w jej wieku. Dziewczynka? Raczej młoda kobieta, która delikatnymi krokami kończyła okres dojrzewania. Nie znała jej przyzwyczajeń oraz reakcji. Nie potrafiła stwierdzić, czy jest osobą małomówną, czy po prostu nie chce z nią rozmawiać. Co ty sobie wyobrażałaś? Że przyjedzie tu z wszystkimi swoimi walizkami i zapyta, czy napijemy się herbaty w obliczu tej tragedii, która się jej przytrafiła? Najbardziej bolało jednak to, że mówiła do niej bezosobowo. Gdy konstrukcja zdania wymagała, aby użyła jakiejkolwiek formy grzecznościowej, zawsze nazywała ją „panią”, ewentualnie „matką, swojej mamy” – nigdy inaczej. Czy miało prawo wymagać od niej, aby zwracała się do niej w innym stylu? Nie miała,
a z tego zdecydowanie zdawała sobie sprawę.  Ominęło ją za dużo etapów życia wnuczki, aby teraz tak po prostu mogła zagrzać sobie w jej sercu przyzwoite miejsce. Może z czasem się uda. Może zrozumie dlaczego .Jednak czy zrozumie? Od kiedy dowiedziała się, że Eleonora urodziła kolejne dziecko, postanowiła wyplątać się z życia własnej córki. Jeśli ona miała siłę walczyć z przeznaczeniem, nie miała prawa wpływać na jej decyzę. Tylko jej teraz nie ma, a Sky jest tutaj, nienawidząc mnie tak samo jak moja jedyna córka przed laty.
         


         Ponad tydzień temu jej nogi po raz pierwszy przestąpiły próg szkoły. Z szarą torbą na ramieniu i rozkładem lekcji w dłoni znalazła się w nowym budynku, w którym od teraz miała spędzać większość swojego czasu. Na pierwszy rzut oka nowa placówka wydawała się być znaczne obszerniejszym miejscem niż liceum, do którego uczęszczała w swoim starym mieście. Jednak cały schemat wewnętrznej organizacji funkcjonował w sposób bardzo podobny. Niewielkie niezgodności programowe nie stanowiły zbyt dużego problemu. Po długich godzinach spędzonych w szkolnym sekretariacie musiała jedynie zapisać się na dodatkowe dwa przedmioty, aby móc zaliczyć najbliższy semestr. Jej plan zajęć przedstawiał się podobnie jak w miejscu oddalonym o kilkaset kilometrów stąd. Jak dotąd była to tak naprawdę jedyna rzecz, która ją satysfakcjonowała.
                   Pierwsze dni w szkole nie stanowiły niczego przyjemnego. Każdy nowy przedmiot rozpoczynał się od tak doskonale znanej jej formułki – „Od dzisiaj macie nową koleżankę. Sky Thilerson przywitajcie ją ciepło”. Na marginesie jednego ze swoich nowych zeszytów zaczęła zapisywać synonimy, których używali nauczyciele, przekształcając wyżej wymienione zdanie. Pani Tymelson – nauczycielka geometrii pokusiła się nawet o wyznaczenie osoby, która miała jej pomóc nadrobić zaległości. Nazwisko, które zostało przez nią wymienione na głos, nic jej jednak nie mówiło. Może dlatego, iż pomimo semestr trwał już kilka dobrych tygodni, a ona sama miała już za sobą czwartą lekcję niezrozumiałego do tej pory przedmiotu, chłopak nadal nie dotarł na zajęcia. Zdziwiły ją ironiczne uśmiechy oraz drwiące spojrzenia nowych znajomych, gdy nauczycielka zapytała grupę o powód tak długiej nieobecności nieznajomego. Czyżby pomoc, która miała ułatwić jej przebrnięcie przez nieznane do tej pory formułki, miała okazać się czymś wyimaginowanym? Podczas wyczytywania listy obecności na ostatnich zajęciach, kiedy rytuał stawiania czerwonego krzyżyka przy nazwisku rozpoczynającym spis po raz kolejny się powtórzył, doszła do wniosku, że „wsparcie”, które miała od niego otrzymać, miało być dla niego karą. Czymś w rodzaju szlabanu lub przymusowej pracy domowej za niezbyt przyzwoite zachowanie. Nie mogło być inaczej. Kąśliwe uwagi nauczycielki i powtarzające się wciąż szydercze uśmiechy grupy, utwierdziły ją w tym przekonaniu. Tego też dnia pani Tymelson widząc kolejne „F” w dzienniku w rubryce należącej do Sky, wyznaczyła kolejną osobę do pomocy przy nauce jednego z nowych dla niej przedmiotów – Greeney.
         – Chyba nie kumasz o co w tym wszystkim chodzi, prawda? – powiedziała, kładąc swoją kolorową torbę na blat ławki, na którym leżała kartka, praktycznie cała pokreślona na czerwono. – Jestem Gree Carter – kontynuowała wysuwając do niej prawą dłoń, na której widoczny był tatuaż, rozpoczynający się od  linii nadgarstka. Sky nie miała jednak pojęcia, na jakiej wysokości się kończył. Na pewno sięgał do łokcia, dalsza część ręki zakryta była przez rękaw czarnej bluzki, co uniemożliwiało wysnucie dalszych wniosków. Czy w tym mieście wszyscy mają na swoim ciele tak wiele ohydztwa? – pomyślała Sky, przyglądając się wysuniętej w jej stronę dłoni.
         – Sky Thilerson – odpowiedziała, ściskając jednocześnie rękę obserwowanej wcześniej dziewczyny. Zdawała sobie sprawę, że wypowiadanie na głos swojego imienia i nazwiska jest zbędne. Przez tydzień zdążyła się już przyzwyczaić do ciekawskich spojrzeń osób, mijających ją na szkolnym korytarzu. Wtopienie się w tłum w środku semestru było po prostu niemożliwe. Gdy ich oczy na chwilę się skrzyżowały, a dłonie po krótkim przywitaniu wróciły na swoje miejsce, Sky teatralnie zgniotła leżący naprzeciwko niej papier.        
         – Jak widzisz nie zaczynam tu kariery jako prymuska – mówiąc to wrzuciła pognieciony zwitek do torby. – Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z geometrią, brakuje mi solidnych podstaw, aby odnaleźć się w tych wszystkich formułkach, które na chwile obecną są czarną magią.
         – Ja cię wprowadzę – odpowiedziała, zakładając tęczową torbę na ramię oraz nakładając na twarz jeden ze swoich figlarnych uśmiechów. – Czas jednak na lunch. Zaczniemy od wykładu na temat panujących tutaj zasad. Jest to dobry moment, abyś w końcu zjadła coś na siedząco – powiedziawszy to puściła do niej oczko, sprawiając, że  policzki Sky zaczerwieniły się do koloru intensywnej czerwieni. To była pierwsza osoba, z którą miała okazję zamienić więcej niż dwa zdania, pierwsza!
         Schemat tutaj obowiązujący nie odznaczał się niczym szczególnym. Panował tu typowy amerykański klimat, dzielący ludzi na podstawowe grupy, równie charakterystyczne dla klasycznego liceum. Nie dowiedziała się niczego nowego oprócz faktu, że stoły pod oknami należą do grupy sportowców, a analogicznie rzecz ujmując te znajdujące się naprzeciwko nich do cherledereek. Najciemniejsze kąty pomieszczenia były zarezerwowane dla najzdolniejszych uczniów, a muzycy jadali najbliżej drzwi prowadzących do wyjścia. Ludzie ubierający się na czarno z dziwnymi kolorami włosów na głowie, zajmowali jedyne okrągłe stoły, znajdujące się na środku sali. Z tego co wskazywała jej Gree, wyodrębnione były również miejsca dla miłośników sztuki, literatury czy nawet zwolenników dziennikarstwa. Grupa odpowiedzialna za rejestrowanie wszystkich wydarzeń szkolnych oraz prowadzenie strony internetowej z najświeższymi plotkami towarzyskimi, również posiadała swój kąt.  Wszystko to znajdowało się tak jakby po prawej stronie pomieszczenia, łącząc się ze środkiem sali. Po lewej stronie usytuowana była kuchnia i niewielka ilość stolików noszących nazwę „gruntu neutralnego” . Czy była zaskoczona, gdy z tacą pełną jedzenia podążyła za Gree na lewą stronę sali? Otóż nie. W myślach śmiała się i dziękowała, że nie będzie musiała usiąść w towarzystwie osób należących do grupy „ludzi wytatuowanych”. Zdecydowanie Gree pasowałaby do tej scenerii.
         – Sky, to Alex Shaw, Blaz Wood oraz Angez Cox – powiedziała, wskazując na trzy osoby, znajdujące się przy jednym z sześcioosobowych stolików.
         Nie byli zaskoczeni obecnością nowej osoby w ich towarzystwie. Od momentu kiedy ujrzeli ją razem z Gree przy bufecie, w milczeniu obserwowali z daleka, jak Carter delikatnym skinieniem głowy wskazuje „nowej” poszczególne stoliki, zaznajamiając ją z „obozową hierarchią”. Angez na samym początku śmiała się pod nosem, przyglądając się temu nietypowemu rytuałowi. Podążając wzrokiem za każdym najdrobniejszym ruchem Gree, doskonale zdawała sobie sprawę, jakich słów używa jej najlepsza przyjaciółka, aby opisać cały panujący tutaj bałagan. W końcu kto znał ją lepiej niż ona? 
         – Panowie, jak myślicie, na jakim poziomie nas uklasyfikuje? – powiedziała, zwracając się do siedzących po jej prawej i jak i lewej stronie mężczyzn. – Powstrzymuję się z całych sił, aby nie podejść bliżej i delikatnie nie wtargnąć do ich rozmowy. Gree ostatnio zrobiła za duże postępy, nic nie słyszę.
         – Jeśli mam być zaklasyfikowany jako szeroko pojęte „nie wiem”, to zdecydowanie wolę nie wiedzieć – odpowiedział Blez, poprawiając swoją czarną czapkę, całkowicie ignorując jej ostatnie zdanie.  – Niby funkcjonujemy w tym wszystkim na co dzień i każdy doskonale zna swoje miejsce nawet w głupiej stołówce, to dlaczego ostatnio śmieliśmy się z „nowej”, że najwidoczniej nie potrafi jeść na siedząco? Który stół byś wybrał Alex, gdybyś przybył tu po raz pierwszy?
         – Najprawdopodobniej podłogę – odpowiedział chłopak, nie podnosząc nawet wzroku znad książki, którą wertował od dobrych kilku minut. – Zastanawia mnie bardziej, co by było, gdyby jedna z cherlederek zaopiekowała się naszym nowym nabytkiem. Jak by nas nazwała? Wyrzutkami, dziwakami czy ludźmi odizolowanymi od… Jak oni to nazywają? Ich pojęcia normalności? Swoją drogą – po raz pierwszy spojrzał na stojące obok kuchni dziewczyny – ma niezły tyłek, już wcześniej to zauważyłem.
         – Mam jakieś nieodparte wrażenie, że z nią jest coś nie tak – powiedział Blez, po raz kolejny w dniu dzisiejszym puszczając mimo uszu uwagę przyjaciela. – Gdy koło niej przechodzę, czuję coś dziwnego, czego nie jestem w stanie wam opisać. To dla mnie… nowość.
         – Ostatnio też to słyszałam – odpowiedziała dziewczyna, teatralnie przewracając oczami. – Zaczynasz widzieć rzeczy tam, gdzie są one kompletnie niezauważalne. Dobrze wiesz, że nie jestem pierwszą osobą, która ci to mówi, Blez.
         – Tym razem jest inaczej, słowo.
         Gdy podeszły, a ich imiona zostały wymienione na głos, Sky niepewnie podniosła dłoń do góry starając się uczynić gest, mający za zadanie przypominać coś w rodzaju przywitania. Onieśmielona stwierdziła jednak, że ruch ten zdecydowanie jej nie wyszedł, a wypieki które zagościły na jej policzkach, zdradzały jej zakłopotanie. Targały nią niezdolne do opisania uczucia. Sama jasno nie mogła sprecyzować, czy była to radość, czy po prostu zwykłe zakłopotanie. Po tygodniowej udręce chowania się w szkolnej toalecie lub wartowaniu przy nowej szafce ,wreszcie miała możliwość spotkać się z czymś normalnym. Bo czy spożywanie posiłku w grupie rówieśników nie było czymś normalnym? W myślach cieszyła się, że etap „nowej” mierzonej od góry do dołu wzrokiem, ma już za sobą. Teraz przyszedł czas na zwyczajne zawieranie znajomości. Z pomocą wyszedł jej Blez.
         – Siadaj i rozgość się – odpowiedział, wskazując jej wolne miejsce znajdujące się naprzeciwko Alexa. Gree w tym czasie zdążyła już postawić swoją kolorową torbę po jego prawej stronie – Sky Thilerson, od tygodnia główny temat na szkolnych korytarzach. Możesz być już spokojna, zapewne za kilka dni znajdą sobie jakąś nową sensację – powiedziawszy to szczerze się do niej uśmiechnął, zerkając jednocześnie na postawioną przed nią tacą – Jesteś wegetarianką?
         – Powiedzmy, że mój organizm nie toleruje mięsa, jeśli można to tak kolokwialnie nazwać – odpowiedziała znacznie pewniejszym tonem, starając się ze wszystkich sił, aby tak właśnie zabrzmiał.
         – Dlaczego nie mówicie, że jest już po przerwie?! – krzyknęła Agnez zrywając się na równe nogi. Muszę biec. Ta wredna suka Fox znowu nie wpuści mnie na zajęcia, jeśli spóźnię się chociaż minutę. – Zapinając zamek błyskawiczny swojej bluzy zwróciła się po raz ostatni do siedzącej grupy – Spotykamy się dzisiaj w Trace Bar o dziewiętnastej, tak? – Nie oczekując odpowiedzi zwróciła się tym razem do siedzącej obok Sky –  Może chcesz do nas wpaść?
         –  Od tygodnia o niczym innym nie marzę – odpowiedziała.


         To bez wątpienia był on. Od kilku minut podążała swoim wzrokiem za męską sylwetką, znów mogąc przyglądać się jedynie jego tylnej część. To wręcz paradoksalne, że tak doskonale zakodowała w swojej pamięci budowę jego ciała. Pośród tłumu znajdujących się na ulicy ludzi, jego tatuaż wręcz kuł ją w oczy. To właśnie z jego pomocą identyfikacja mężczyzny była tak banalnie prosta. Mimo że w dniu dzisiejszym mogła ujrzeć jedynie jego niewielką część, było dla niej jasne, że należał on to tej samej osoby, którą kilka tygodni temu miała okazję widzieć w dość niezręcznej dla wszystkich sytuacji. W dniu dzisiejszym jednak jego biodra pozbawione były obciążenia, a pasek do spodni zdecydowanie spełniał swoją słownikową rolę. Nie miał na sobie niczego szczególnego. Obcisła koszulka szarego koloru oraz ciemne jeansy nie przykuwały niczyjego wzroku. Tamtego feralnego dnia Sky mogłaby przysiąc, że nie był osobą zbyt wysoką. Przyglądając się jego posturze było jasne, że  przewyższał każdego potencjalnego przechodnia o kilka dobrych centymetrów. Włosy były dłuższe i znajdowały się większym nieładzie niż podczas ich ostatniego „spotkania”.
         Nie wyglądał na osobę, która przechadza się bez celu po zatłoczonych uliczkach. Jego kroki były dość szybkie, jednak nie na tyle, aby móc porównać je do biegu. Głowa wciąż znajdowała się w jednym, stałym punkcie. W odróżnieniu od niej nie rozglądał się na wszystkie strony podziwiając wysokie, nieznane do tej pory budynki oraz szukając zapisanego na kartce niedbałym pismem adresu Trance Baru. Bez trudu wywnioskowała więc, że jest osobą mieszkającą w tym mieście od urodzenia. Idąc kilka metrów za nim stwierdziła, że musiał wyjść z niewielkiej kawiarni znajdującej się na rogu ulicy YeslerWay. W innym wypadku nie mogłaby go przeoczyć.
         Nagle stanął. Sky instynktownie zwolniła kroku, nie rezygnując z dzielącej ich odległości. Dopiero po chwili zrozumiała, dlaczego się zatrzymał. Światła znajdujące się po drugiej stronie ulicy, intensywnie eksponowały kolor czerwony, sygnalizując zakaz wchodzenia na jezdnię. Fala różnokolorowych samochodów zaczęła nabierać prędkości. Tu i ówdzie można było usłyszeć dźwięki klaksonów oraz podniesione głosy kierowców, niejednokrotnie wykrzykujące przekleństwa, kierowane do właścicieli pojazdów chcących przyłączyć się do ruchu. Musiała jedynie przyśpieszyć kroku, aby znaleźć się z nim w jednej linii, w szeregu osób czekających na przejście na drugą stronę ulicy. Wizja ujrzenia jego twarzy stała teraz przed nią wręcz otworem. Posiadała przecież doskonałą wymówkę, aby móc zacząć z nim rozmowę. Jest nowa, zgubiła się, szuka baru gdzie ma spotkać się z znajomymi. Czy nie mogła po prostu podejść do niego i poprosić o wskazanie ulicy?  Fascynował ją. Miała nieodparte wrażenie, że poznała jeden z jego najtajniej skrywanych sekretów, będącym kluczem do odgadnięcia całej historii. Odległość między nimi wciąż malała, a jej ciekawość powoli osiągnęła punkt kulminacyjny.
         Nagle na swoim prawym barku poczuła czyjeś ramię. Dojrzały mężczyzna poruszając się wręcz truchtem potracił ją. Torebka, która do tej pory bezpiecznie spoczywała na ramieniu spadła na ziemię. Bałagan znajdujący się w jej wnętrzu, znalazł się teraz na betonowych płytach. Rzuciwszy w jej stronę szybkie „przepraszam” , nawet nie wysilił się, aby podnieść na nią wzrok. W myślach zaklęła. Schylając się, aby pozbierać rzeczy mimowolnie straciła ze swoich oczu obiekt, który przez ostatnie minuty nie śmiał zrobić żadnej, nawet  najdrobniejszej czynności bez jej wiedzy.
         Nie miała jednak pojęcia, że mężczyzna wyznaczył  sobie taki sam punkt podróży jak ona. Znalazł się teraz pośrodku linii między nią, a nim. Młody chłopak stał wciąż bez ruchu.  
         – Wiem, że Katherina na mnie czeka – powiedział tak dosadnym tonem, jakby jednoznacznie chciał dać znać nowemu przybyszowi do zrozumienia, że jego myśli są mu doskonale znane. Dopiero po chwili odwrócił się w stronę mężczyzny, instynktownie  mierząc go wzrokiem. Starzec zdobył się jedynie na kiwnięcie głową po wypowiedzianych przez niego słowach. – Kazała ci mnie przyprowadzić? – kontynuował, wciąż nie odrywając wzroku od zapewne dobrze znanego sobie mężczyzny. Milczenie, które zapadło najwyraźniej oznaczało dla niego potwierdzenie. Scott pokręcił głową, wzruszając delikatnie ramionami na znak zażenowania. – Chyba obydwoje dobrze wiemy, że drogi do jej domu ostatnio nauczyłem się aż za dobrze.
         Nie czekając na zielone światło skręcił w jedną z uliczek, znajdujących się po jego prawej stronie. Nieznajomy przybysz podążył jego śladem, wciąż jednak trzymając się nieco z tyłu.
         Bezwiednie pozostawili ją samą. Była na tyle blisko, aby móc usłyszeć każde z wypowiedzianych przez niego słów. Światło czerwone wreszcie zmieniło swoją barwę na zieleń. Tłum ludzi zaczął przemieszczać się w wyznaczonych przez siebie kierunkach. Jednak nie ona. Stała w miejscu, w którym ją zostawili kilka kolejnych minut. Zobaczyła jego twarz. To był on. Bez wątpienia – to był on.


         – Jeśli zrobisz to po raz kolejny nie uratuję cię. To moje ostatnie ostrzeżenie. Rada nie będzie już dłużej przymykać oka na twoje wybryki. To karygodne, nie sądzisz? Gdyby nie Blez nie miałabym o tym wszystkim pojęcia. Kiedy do cholery zamierzałeś mi powiedzieć?  – Ostatnie pytanie wręcz wywrzeszczała do siedzącego ze spuszczoną głową mężczyzny. Gestykulując na wszystkie możliwe sposoby, starała się odnaleźć w przestrzeni jakiś niewidoczny punkt zaczepienia. Kruczoczarne włosy, znajdujące się w dniu dzisiejszym w nietypowym nieładzie, usiłowała za wszelką cenę odgarniać do tyłu. Nie mogąc poradzić sobie z niesfornymi lokami, jej poziom irytacji podniósł się dodatkowe kilka decybeli, o ile w dniu dzisiejszym było to jeszcze możliwe. – Scott, naprawdę mam dość wiecznego narzekania Atheisa na twój temat. Jeśli dowie się co zrobiłeś, nie znajdzie dla ciebie nawet odrobiny litości. Cały czas słyszę jedną, tak doskonale znaną mi śpiewkę. Co jesteś jeszcze mi w stanie obiecać, aby i tym razem uniknąć mojego gadania? Poprawę? Kasę? Seks? No powiedz! Nie siedź z tą spuszczoną głową z miną niewiniątka. W dniu dzisiejszym to po prostu nie przejdzie, rozumiesz?
         Nie odpowiedział nic. Niewzruszony siedział w tej samej pozycji od momentu, kiedy Katherina zaczęła swój monolog. Jego kąciki ust delikatnie podniosły się do góry w chwili, gdy rozpoczęła wymieniać listę rzeczy, do których miała po prostu słabość, a które on nauczył się sprytnie wykorzystywać. Chciał jej przerwać, aby podać kilka cennych rzeczowników, które najwidoczniej w tym roztargnieniu uszły jej uwadze, jednak wiedział, że w tym momencie nie miał prawa się odezwać, jeśli chociaż w jakiś sposób chciał ją udobruchać.
To ten kulminacyjny moment, kiedy musi poczuć się ważną, Scott. Teraz ona rozdaje karty, a ty z podkulonym ogonkiem musisz okazać swoją niezwykle widoczną skruchę – podpowiedział wewnętrzny głos, sprawiając, że kąciki przybrały kształt szyderczego uśmiechu.
         Jak zawsze wyglądała niezwykle apetycznie. Krój sukienki podkreślał linię idealnie ukształtowanej sylwetki. Jej czerwony kolor współgrał z odcieniem szminki nałożonej na jej wargach. Oczy wręcz czarnego koloru podkreślone grubą kreską nadawały jej twarzy jeszcze większego wdzięku. Prezentowała się na kobietę nie przekraczającą trzydziestego roku życia, choć Scott tak naprawdę nie miał pewności, ile dokładnie mogła mieć lat. Szczerze powiedziawszy w ogóle go to nie interesowało. Relacja, która ich łączyła zdecydowanie omijała ramy czasowe.
         – Nie cierpię, gdy milczysz! Robisz to specjalnie Scott, specjalnie! Mimo że tak dokładnie nauczyłeś się blokować przede mną swoje myśli, nie sądź, że nie potrafię odgadnąć, co siedzi w twojej głowie. Zasady levinsonletarie w tym wypadku są po prostu zbędne, nawet jak miałeś okazję pobierać lekcję u samego Athenisa – wypowiedziawszy to imię po jej ciele przeszedł niewyjaśniony, wręcz zauważalny dreszcz. Obróciła się w stronę okna, kładąc dłonie na obszernym parapecie. Była zdenerwowana. Utrata kontroli nad samą sobą w jej wypadku była po prostu niemożliwa. – Twoja matka byłaby teraz rozczarowana.
         – Nie mieszaj w to mojej matki! – odpowiedział, podnosząc się z miejsca tak gwałtownie, że krzesło na którym do tej pory siedział, przewróciło się do tyłu wywołując dość głośny huk. Jego ciało zesztywniało. Błękitne oczy mimowolnie zmieniły swoją barwę na atramentową, ukazując fale niezadowolenia. Twarz Katheriny pozostała jednak niewzruszona. Temat swojej przyrodniej siostry zawsze był przez nią poruszany w momencie, kiedy nie wiedziała jak zapanować nad jego porywczą naturą. W dniu dzisiejszym nie zamierzała użyć tzw. „ostatecznego argumentu”. Scenariusz rozmowy, który układała w swojej świadomości do momentu, kiedy Scott wraz z Jacobem przekroczyli próg jej domu, zawierał całkiem inne dialogi. Teraz jednak sprawa prezentowała się nieco inaczej. Zrozumiała to dopiero w momencie, kiedy spojrzała na jego twarz. Czyżby  kierowała nią zwykła, kobieca zazdrość, a nie rodzinna troska?
         – Wiem, co zrobiłem i zdaje sobie sprawę ze wszystkich konsekwencji – odpowiedział tak stanowczym tonem, który w dniu dzisiejszym i ze względu na powagę sytuacji nie powinien wydostać się z jego ust. – Nie mieszaj w to jednak mojej matki. To nie miejsce i pora.
         – To nie miejsce i pora, tak? – powtórzyła jego słowa z widoczną ironią. – Więc kiedy będzie pora, abyś w końcu przejrzał na oczy! Anette jest nietykalna, nie potrafisz tego zrozumieć? Chcesz narazić i siebie, i mnie? Czy tyle razy muszę ci tłumaczyć, po jak cholernie cienkim lodzie oboje stąpamy?
         – Tak, Katherine, to do cholery nie miejsce i pora! – dźwięk jego głosu zdradzał utratę kontroli nad własnym zachowaniem. – Dlaczego nigdy nie wspominasz imienia mojej matki w momencie, gdy rozpinasz mój rozporek?